jounet

welcome to my life, honey

Nadeszły wakacje (co prawda już dla niektórych prawie się kończą, ale to nic), a wraz z nimi nowa ja. Całkiem inna, pewna siebie, wiedząca, czego chce od świata, od życia, od ludzi, a szczególnie od facetów. Czego? Ha, gdybym miała nazwać to jednym słowem, najlepiej byłoby użyć słowa niczego. Bo tak naprawdę nie potrzebuję od nich niczego konkretnego. Randki, pocałunki, dotyk, zbliżenia… Czuję, jakby moje serce stało się zimnym, ciężkim kamieniem. Nie odczuwam nic. Nic mnie nie rusza. Spotkania mnie nudzą. Każde kolejne wygląda podobnie. Podczas każdego facet pierdoli o tym, jak fajnie byłoby kogoś mieć, dzielić razem świat. A ja? Śmieję mu się w twarz, rzucając, że ten wiek to czas, by się bawić, a na związki przyjdzie jeszcze czas. I tak w kółko, aż poznaję sąsiada. Na początku nic szczególnego, pomógł mi przy przeprowadzce, był zwyczajnie miły. Na tyle miły, że, by się jakoś odwdzięczyć, zaprosiłam Go na piwo. To był chyba ten przełomowy moment, kiedy facet myśli, że podoba się kobiecie (no… w końcu przecież zaprasza go do siebie). Cóż, fakt, że jeszcze wtedy D. chwilowo ze mną mieszkał, pozwolił na zwykłe, koleżeńskie spotkanie przy piwie. I muszę przyznać, że ani przez chwilę nie pomyślałam, że mogłabym traktować je inaczej. Gdzieś w głębi moje serce było jeszcze „zauroczone” M. (?!) – nie wiem, jak inaczej nazwać uczucie do zajętego faceta, z którym chodzę na niemiecki. Ale później drugie spotkanie, zdecydowanie za dużo alkoholu i Jego wzrok. Dopiero wtedy zorientowałam się, że On naszych spotkań nie traktuje po koleżeńsku. Czas się zbierać, próbuję wyjść do siebie (dwa piętra wyżej), kiedy on rzuca się na mnie, przyciska do ściany i namiętnie całuje. Czy coś czułam? NIC. Prosi, bym została dłużej, że w lodówce chłodzi się Martini. Rzucam, że wstaje jutro do pracy i uciekam. Przypominam sobie, że to już drugi chłopak w tym tygodniu, z którym jestem bliżej, niż powinnam. A potem moje urodziny, które spędzam z tym pierwszym. Przychodzi sąsiad, daje piękne róże. Całuję Go na korytarzu, żeby M. numer 2 nie widział. I jednocześnie, żeby K. Jego nie zobaczył. Czuję się jak w jakimś marnym serialu. Rzucam, że nie mogę zaprosić Go do środka, bo zaraz wychodzę i wracam do M. Wstawiam kwiaty do wazonu, jestem trochę roztrzęsiona. Nagle pragnę świętego spokoju. Żeby nie było ani jednego, ani drugiego. Chcę samotności, więc robię się nieznośna. M. nie rozumie, ale stara się być miły. Nie mogę się doczekać, kiedy sobie pojedzie. Powoli dociera do mnie, że to nasze ostatnie spotkanie. Kilka dni później wyjeżdżam z Łodzi, wracam do siebie, żeby odpocząć. Ale w końcu przyjeżdżam z powrotem, idę pić z zajętym M. Sąsiad nalega na spotkanie, a ja zdaję sobie sprawę, że tym razem z pewnością będzie to randka. Cóż, ryzykuję. Idziemy do kina. Komedia jest świetna. Potem siedzimy na placu zabaw i gadamy. Po prostu gadamy, ale jest zajebiście. I czuję, że chcę tak siedzieć jak najdłużej. Że pierwszy raz od X czasu czuję jakiś sens rozmowy. Oczywiście odmawiam, kiedy po północy proponuje, bym wpadła na wino, zapewniając, że będzie grzecznie (ehe, już to widzę!). Wracam do siebie cała w skowronkach i przyznaję sama przed sobą, że randka była udana. Kiedy następnego dnia proponuje wyjście, zgadzam się. Spacerujemy i znowu jest cudownie. Naturalnie. Bez naciąganych zachowań czy słów. Po prostu jest dobrze. W KOŃCU. Śmiejemy się, chodzimy po torach, chcemy skakać na nie z mostu, pijemy piwo kokosowe, wpadamy na pomysł, żeby zbadać stary schron przeciwlotniczy, siedzimy nad wodą, PRZYTULENI, słuchamy, jak ktoś gra na gitarze, ktoś inny śpiewa. Pogrążam się w swoich myślach, a On delikatnie odgarnia mi włosy i muska szyję. Czuję Jego oddech, ciepły, spokojny. Jest mi dobrze. Zadziwiająco dobrze. Przez kolejne dni często o Nim myślę. Na zmianę z fatalnym zauroczeniem chłopakiem z niemieckiego. Zgubiłam się, ale pozwolę temu trwać. W piątek ma urodziny. Kiedy dostaję smsa o tym, jak brakuje mu dotyku moich ust, podejmuję decyzję, że przyjadę i się zobaczymy. Ale w czwartek pewnie zobaczę się z M. Ciekawe, czy jego miłość życia wie o tych spotkaniach ze mną. Ech. Wiem, że wkrótce będę musiała się na coś zdecydować. I wiem, że K. zdecydowanie wygrywa w tej rozgrywce… Jak zwykle moje problemy życiowe są niczym problemy Trzeciego Świata, ale w końcu mamy wakacje i można cieszyć się beztroską. Więc, ludzie, cieszmy się i korzystajmy z tego, co podsuwa nam życie, dopóki można! A tymczasem uciekam – dziś noc spadających gwiazd, muszę się doprowadzić do normalnego wyglądu, a potem wychodzę. Trzymajcie kciuki za piątek. Ja nie mogę się doczekać. Enjoy!

Minęło sporo czasu, odkąd ostatni raz tu byłam. Czy ktoś w ogóle odwiedza jeszcze tego bloga? Jeśli nie, to nawet lepiej. Lubię go, bo jest intymny, bo nikt z moich znajomych nie wie o jego istnieniu. Mogę przelać tutaj wszystkie swoje myśli, pozostając anonimowa. Dużo się zmieniło od ostatniego wpisu. W końcu zebrałam się na odwagę, by zakończyć związek bez przyszłości. Nie wiedziałam, że potrafię być taką zimną suką, dopóki nie poczułam ulgi, wypowiadając słowa: koniec z nami. Jakby ogromny ciężar spadł mi z serca. Łzy kompletnie na mnie nie działały, chciałam tylko, by zniknął już z moich oczu. Smutne… dwa lata spędziłam z kimś. Dwa lata i nagle ten ktoś staje się dla mnie nikim. No, może nie dosłownie, bo wspomnień się nie wymaże. Ale… czuję cholerną obojętność, a przecież jeszcze dwa lata temu czułam, jakby był dla mnie całym światem. To niesamowite, jak szybko człowiek może zmienić swoje podejście do drugiego człowieka. Gdzie się podziały moje uczucia? Co z nimi? Zniknęły… rozprysnęły się. Czasem tylko jest przykro, że nikt nie pisze dobranoc i dzień dobry. Ale samotność ma swoje zalety. Zapomniałam już, jak to jest być wolnym człowiekiem. Od końca marca sobie przypominam, chodzenie na randki, flirt. To lepsze niż stały związek. Lepsze do czasu, aż nie znajdzie się odpowiedniej osoby, dla której chce się zrezygnować z wolności. Ja widoczniej jej jeszcze nie spotkałam. A szkoda… Czasem myślę, że fajnie byłoby w końcu spotkać kogoś, z kim chciałoby się spędzić resztę życia. Chyba wierzę w zbyt wyimaginowaną miłość, chyba naczytałam się zbyt wielu książek i naoglądałam zbyt wielu komedii romantycznych. I chyba już pójdę spać, zanim zacznę rozmyślać nad sensem swojego życia i skończę zapłakana ze smutną piosenką. Dobranoc.

Postaram się częściej tu zaglądać. Właściwie to brakowało mi swobodnego wylewania swoich myśli.

wątpliwość

Niestety, nie da się ukryć, że moje życie w przeciągu ostatnich kilku miesięcy stało się jedną wielką kupą wątpliwości. Każdego dnia wstaję, a potem zastanawiam się, jak mogłam do nich dopuścić, bo przecież gdyby ktoś powiedział mi, że tak będzie od początku, nawet nie próbowałabym się zakochiwać. Nie nadaję się do związku, coraz częściej dochodzę do takiego wniosku. Tylko nie wiem jeszcze, czy jest to kwestia mojej osoby, czy po prostu na mojej drodze nie pojawił się do tej pory książę z bajki, za którym szalałabym do końca życia. Kiedy mija zauroczenie, zaczynamy dostrzegać wady, które z czasem mogą stać się uciążliwe. Nigdy nie broniłam się przed uczuciami, jednak zawsze czas doprowadzał mnie do stanu, gdy wybierałam samotność. Czy i tym razem tak będzie? Czuję się zagubiona – jednego dnia czuję, że kocham, a kolejnego już, że związek nie jest mi do niczego potrzebny. Ciężko jest być odpowiedzialnym za drugą osobę, ale przecież Mały Książę mówił zawsze, że jesteśmy odpowiedzialni  za osobę, którą oswoimy. Boję się przełamać, nie potrafię podejmować decyzji, a niedługo będę musiała. Postawić wszystko na jedną kartę?

burdel

Emocjonalny burdel, nad którym nie potrafię zapanować, dopadł mnie, nie chce odejść, dręczy każdą komórkę mojego ciała, nie pozwalając mi bronić się. Czuję wewnętrzną złość, emocje wypływają ze mnie, niczym woda wyciśnięta z gąbki. Są przesiąknięte brudem, jakąś niechęcią, czymś nieznanym, nieswoim. Nie jestem w stanie decydować. Coraz mocniej odczuwam bezsens czegoś, co budowałam przez 8 miesięcy, żyjąc nadzieją, że to właśnie jest szczęście. Im więcej upływało czasu, tym ja bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że już TEGO nie czuję. Prysnęło, rozpadło się na kawałki, tak ukradkiem, całkiem niepostrzeżenie, wkradła się obojętność i nawet się nie obejrzałam, a już w mojej głowie pojawiła się masa niedomówień, wątpliwości i obrazów, które zmieniły światopogląd. Umarła cząstka mnie, ta najważniejsza, która odpowiadała za motyle w brzuchu i przyspieszone bicie serca. Dziś już motyle zdechły, a serce wybija spokojny rytm. Siedzę i myślę, jak to się mogło stać. Dlaczego? Pytam siebie, każdego dnia coraz głośniej, ale nie uzyskuję odpowiedzi. Cisza jest straszna, płaczę więc nad własnym losem, który mnie spotkał, bo nic lepszego wymyślić nie potrafię.

bezsilność

Weekend wypełniony miłością. Niedziela, odwozi mnie na dworzec, już w aucie jest mi smutno, siedzę i się nie odzywam, pyta kilka razy o powód milczenia, nie potrafię odpowiedzieć. Dojeżdżamy na miejsce, stoję na stanowisku, a od wewnątrz rozdziera mnie złość ze smutkiem. Idealnie współgrają ze sobą, a wszystko przeciwko mnie. Stoję i czekam, widzę, jak podjeżdża autobus. Każę Mu sobie iść, nie chcę się rozklejać. Daję szybkiego buziaka i wbiegam do autobusu. Zajmuję miejsce, obok przysiada się starsza Pani. Chwilę gawędzimy, nawet się uśmiecham. Za chwilę biorę telefon i słuchawki, zanurzam się w inny, odległy świat, świat pełen obrazów wspomnień. Łzy napływają mi do oczu, przez sekundę nie pozwalam im spaść, ale nie daję rady, spływają po policzku, a ja siedzę bezsilna. Tęsknota wygrała, już wiem, że będzie mi towarzyszyła przez kolejne dni. Biorę telefon i piszę sms’a o tym, jak mi smutno, ble, ble. Tak, jak się spodziewam, żadnej satysfakcjonującej odpowiedzi nie dostaję. Odkładam więc komórkę, nastawiam głośniej muzykę i zamykam oczy. Nagle budzę się z półsnu, jestem prawie na miejscu. Wyłączam muzykę i skupiam się na drodze… zły pomysł, jeszcze więcej myśli. Dojeżdżam na dworzec, idę szukać przystanku, wsiadam w jeden tramwaj, potem drugi, dochodzę do domu. Telefon. Odbieram, rozmawiam. Jest mi lepiej, słyszę, jak bardzo tęskni i kocha. Żartuję, śmieję się, ale nie jest wesoło. Po obu stronach słuchawki czuć dziwne napięcie. Mija godzina, pora kończyć, fizyka czeka. Żegnam się ładnie, wysyłam Go spać i usiłuję czegoś się nauczyć. Efekt marny – odkładam notatki, pisząc na fejsuku ze znajomą z grupy. Trafiła z tematem… cholerni faceci. Kończę rozmowę, włączam bloga i piszę. Z każdą linijką coraz bardziej pogrążam się w smutku. Ciężko jest tęsknić, chciałabym móc częściej mieć przy sobie błękitne oczy i roześmianą twarz. Ale jestem bezsilna, a bezsilność przeraża mnie najbardziej. Nie chcę już płakać, muszę być silna.

O miłości.

Próbuję ubrać w słowa ostatni czas, ale to niezwykle trudne zadanie, zauważając fakt, iż sama do końca nie jestem pewna, co dzieje się wokół mnie. Na początku wypadałoby sobie zadać pytanie: czy miłość istnieje? Powinnam bez zastanowienia odpowiadać twierdząco, jako że przecież jestem w związku, szczęśliwa, zakoch… no właśnie. Zakochana? A co znaczy być zakochaną? Od czasu, kiedy poznałam pewnego, dość wesołego, chłopaka, często zastanawiam się, czy miłość sama w sobie w ogóle istnieje. Obawiam się, że moje wnioski są nie na miejscu, aczkolwiek, choć ze smutkiem, przyznać muszę, iż człowiek to tylko słaba istotka, która potrzebuje obecności drugiej osoby: jej ciepła, dotyku, spojrzeń. Wystarczy, że druga osoba będzie chciała nam to dać, a w dodatku kryteria wyglądu i charakteru wydawać się będą odpowiednie, a już słaba istotka czuje, że może być zakochana. Pytanie tylko, skąd wie, że w jej życiu po pewnym czasie nie pojawi się druga taka osoba, która również będzie chciała dać jej ciepło, dotyk i spojrzenie? Pytanie, skąd ta biedna istotka ma wiedzieć, kto będzie dla niej w życiu odpowiedni? Każdy ma swoje wady i zalety. Pogubiłam się ostatnio strasznie, czuję się dokładnie jak ta istotka, jak ten słaby człowiek, który pojęcia nie ma, co będzie dla niego lepsze. Nie można bawić się ludzkimi uczuciami, wiem. Tylko kto powie mi, którą wybrać drogę? Czy w ogóle którąkolwiek wybierać…

:)

Zmieniłam miejsce pisania. Ten blog był (jest) blogiem prywatnym, do którego właściwie nikt wśród moich znajomych nie miał dostępu. Dlatego rzadziej tu jestem, ale oczywiście te najintymniejsze notki będę tutaj zamieszczać. A tymczasem, gdyby ktoś chciał, zapraszam tutaj 😉

obojętnością zdobywać

Czasem mam wrażenie, że poprzez bycie obojętnym można zyskać o wiele więcej, niźli poprzez masę czułości. Próbuję dziś zrozumieć sens tej, jakże odkrywczej, myśli i muszę przyznać, iż idzie mi bardzo opornie. Ludzie może boją się obojętności i dopiero gdy dane im jest ją odczuć, zaczynają rozumieć i brać do serca pewne sprawy? Postanowiłam korzystać z uroku obojętności, gdyż jest mi wygodniej i więcej zyskuję. Być może zmienię podejście, jeśli uznam, że warto.

sen, łzy, złość

Dziś boli mnie w środku. Czuję, że rozdarta jestem pomiędzy przesadną wrażliwością (łzy w oczach z byle powodu) a nieopanowaną złością (chęć zniszczenia komuś twarzy), co w ostateczności doprowadza mnie do siedzenia w kuchni z poplątanymi myślami. Miałam dziś straszny sen, obudziłam się ze łzami w oczach i z sercem, które chciało wylecieć z klatki piersiowej. W tym śnie miałam stracić Jego, będąc przy tym bezsilną. Płakałam z bezsilności, nie mogąc pogodzić się z tym, co mnie spotkało. Obudziłam się, wiedząc że muszę doceniać, co mam. A potem telefon, złość, łzy, złość, bezsilność, złość. Cóż, to zdecydowanie nie są moje dobre dni. Muszę zastanowić się, czy warto. Czy warto płakać, wkurzać się, wybaczać. Czy warto kochać.

Cóż, nie chciałam się denerwować, ja naprawdę nie chciałam się denerwować, podnosić głosu, wrzeszczeć, milczeć, rzucać słuchawkami, zaciskać wargi, by na koniec usłyszeć, że zaraz rozładuje Mu się bateria, więc jakby się CZASEM rozłączył, to nie będzie to Jego wina. Ależ oczywiste, że to nie będzie Jego wina, będzie moja, bo przecież to nie On wrzeszczy, czepia się o byle co, psuje dobry klimat. To ja jestem okrutną kobietą, która nie docenia, że przecież dzwoni (a wcale nie musi), pisze (a nikt Go do tego nie zmusza), no i co najważniejsze – jest wyrozumiały (ja, ma się rozumieć, nie jestem). Aa, no i jeszcze mam się nie przejmować, jakby Mu czasem konto zablokowali, bo zapomniał doładować, więc powinnam docenić fakt (ach, jaki On kochany), iż informuje mnie o tym, co by zapobiec niepotrzebnych fochów. Jak zwykle winna będę JA, bo przecież jak będę chciała pogadać, to napiszę, a jeśli nie napiszę, oznaczać to będzie, że rozmawiać nie chcę. Mówię z góry, że nie napiszę, na co słyszę (czemu mnie to nie dziwi?), że nie chcę z Nim rozmawiać, co automatycznie przesuwa winę w moją stronę. Oczywiście nie liczy się, że będę wkurwiona (bo będę), nie liczy się, że może przesadził (bo przesadził) i że wolę sobie posiedzieć i poczekać, aż napad złości minie (o ile minie), niż znów denerwować się, podnosić głos, wrzeszczeć, milczeć, rzucać słuchawkami i zaciskać wargi. Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak wyjść, wlać w siebie litry wódki, zapomnieć (albo pogorszyć swoje samopoczucie), wrócić, pójść spać, a rano obudzić się z uśmiechem na ustach i nutką wyrozumiałości w sobie (już to widzę).  Jest super.